Każdy ma być świętym i Ty też, człowieku!

Rozmowa z dr Wandą Półtawską o pierwszeństwie Boga w życiu.

 

Doktor Wanda Półtawska: Zacznę od wspomnienia z niedawnego wydarzenia w sali w muzeum pleszewskim. Tak zaczęłam to spotkanie: „Nie znam was — nie wiem czego oczekujecie ode mnie, ale to jedno mogę Wam powiedzieć: że wszyscy pomrzecie. To jedno o Was na pewno wiem: wszyscy umrzecie. Sto procent osób siedzących na tej sali”. Zaczęli się śmiać. Mówiłam dalej: „To właśnie jest podstawowa prawda o człowieku. Ja, jako młoda dziewczyna, która wróciła z łagru nie mogłam zrozumieć tego, że ludzie żyją tak, jakby myśleli, że nigdy nie umrą – bezmyślni ludzie, jakby w ogóle nie używali rozumu! Fakt śmierci jest jedynym pewnym faktem w życiu człowieka, rodzi myśl o życiu. Życie wtedy jawi się jako zadanie, żeby to życie sensownie przeżyć. A ludzie o tym nie myśleli. A we mnie, młodej dziewczynie, się kotłowało: czy oni są głupi, ci ludzie? I to jest prawda: bezmyślni ludzie nie myślą o śmierci. Mądry przygotowuje się do śmierci, do przejścia do domu Ojca, gdzie jest mieszkań wiele— tam czeka na ciebie twoje mieszkanie.

 

Rozmawiamy więc o życiu w perspektywie jego celu, czyli o sensie życia. Jan Paweł II mówił, że dzisiaj ludzie żyją tak, jakby Pana Boga nie było…

 

Najważniejsze to nauczyć ludzi myśleć. Ksiądz Karol Wojtyła zabierał młodzież w góry. Tam, oderwanych od wszelkich środków przekazu — żadnych komórek, żadnego radio, żadnej telewizji — zachęcał: zastanów się skąd się wziąłeś, dokąd zmierzasz. Po co tu jesteś? Używaj rozumu człowieku. A nieraz ludzie do mnie tak mówią: „Ja nie wierzę tak jak pani, pani ma taką wiarę. Wiara jest łaską, a ja nie dostałam tej łaski”. Ojciec Święty mówił: „Owszem, wiara jest łaską, ale człowiek ma rozum. Rozum mówi, że jeśli istniejesz ty, to zarazem musi istnieć Stwórca. Jak szukasz, to znajdziesz. Jak nie chcesz wierzyć, to nigdy nie uwierzysz, ateizm jest też twoją winą”. Tak jak niewiedza może być twoją winą i głupotą, też może być zawiniona. Bo człowiek ma rozum. Używaj tego narzędzia duszy, bo rozum to jest przymiot duszy. I tu dochodzimy do problemu rozumu i sumienia — ono ma być ciągle pogłębiane i formowane. Duc in altum to oznacza: coraz głębiej, coraz pełniej dochodzić do korzeni. Korzeń jest zawsze ten sam: GENEALOGIA DIVINA. Nie ma innego.

 

Odważne słowa. Niewielu ma dziś odwagę mówić tak zdecydowanie. 

 

To nie moje słowa — ja powtarzam tylko to, czego nauczał Jan Paweł II. I dlatego mogę tak mówić, bo trzeba dać świadectwo prawdzie. Kiedyś „Gazeta Wyborcza” napisała, że jestem weredyczka, a ja po prostu stawiam sprawy tak, jak to jest w nauce Kościoła. W Novo Millenio Ineunte Jan Paweł II mówi o radykalizmie i realizmie wiary. Wszystkie przykazania są radykalne i bezkompromisowe. Więc nie można mówić na przykład: „moja druga żona”, ale powiedz prawdę: „moja konkubina”, bo ona — ta druga — to nie jest żona. I nie tłumacz się, bo mówisz nieprawdę o sobie. Stań w prawdzie. Każdy człowiek chce się usprawiedliwiać. Znamy scenę z raju, gdy Pan Bóg woła Adama. I co Adam robi? Od razu zrzuca odpowiedzialność na Ewę: „To ONA mi dała ten owoc”. Nie mówi: „Zgrzeszyłem przed Tobą, Panie, ale: „Ona mi dała, no to jej wina”. Niedawno miałam taką scenę w poradni. Siedmioletni chłopczyk. Bije swoją siostrzyczkę. Ja mówię do niego: „Słuchaj Jacuś, dlaczego ty małą Agatkę bijesz?”. A on na to: „To po co ona mnie denerwuje? To jej wina”. Powiedz sobie prawdę — ty zgrzeszyłeś grzechem gniewu. A ilu z Was w takiej sytuacji mówi: „Ja się zdenerwowałem”. Nie! Zgrzeszyłeś grzechem gniewu, a to jeden z grzechów głównych. Nazwij po imieniu, przygotuj się porządnie do spowiedzi. A nie spowiadaj się z cudzych grzechów.

 

Jak pani doktor osobiście radzi sobie ze złem, ze słabościami, z grzechem?

 

Jak każdy, chodzę do spowiedzi. Systematycznie. Od zawsze miałam stałego spowiednika, od dziecka. Byłam w takiej szczęśliwej sytuacji, że chodziłam do Sióstr Urszulanek przez całe 10 lat, od wstępnej klasy do liceum. A tam nas spowiadał nasz stały katecheta, który stał się dla mnie moim wielkim przyjacielem i spowiednikiem — święty kapłan. Dopiero wojna to przerwała, po wojnie musiałam szukać nowego spowiednika. Ojciec Święty mówił, że człowiek ma podejmować decyzje w sumieniu dobrze uformowanym i dlatego radził ludziom świeckim systematycznie spowiadać się co najmniej raz w miesiącu, sam się co tydzień spowiadał. Trzeba grzechy, które każdy popełnia, likwidować i poprawiać się. Metanoia jest zadaniem każdego człowieka. Jan Paweł II powiedział: „Świętość jest prosta, wszystko co skomplikowane jest od diabła”. Świętość jest prosta, ponieważ jest to posłuszeństwo Bogu i nic więcej. Stworzenie posłuszne Stworzycielowi i już jest świętość.

 

W takim razie powinniśmy wszyscy dążyć do tego, aby mieć swoich stałych spowiedników?

 

Oczywiście! To jest rada Karola Wojtyły wypowiedziana podczas synodu o rodzinie. To wszystkim ludziom od 60 lat powtarzam. Dlatego zgodziłam się opublikować rozmowy z Ojcem Świętym.

 

Dla świadectwa, szczególnie dla księży, aby wiedzieli, jak mają postępować z ludźmi: duszą się zająć. I dla wszyst- kich ludzi zagubionych, że odpowiedzi mają szukać nie gdzie indziej, nie w telewizji, tylko w konfesjonale. Po prostu. Nie ma innej rady. Formacja sumienia – tak mówi Ojciec Święty. Masz podjąć decyzję w sumieniu do- brze uformowanym. A uformuje ci je dobry, święty kapłan. Na Synodzie do spraw rodziny była także Matka Teresa z Kalkuty i oddali jej głos, mimo że była tylko audytorem. Wszyscy spodziewali się przemówienia, a powiedziała tylko jedno zdanie: „Dajcie nam świętych księży, a ludzkość będzie uratowana”.  Ale jest też i druga prawda o rodzinie: świętych księży daje rodzina, jak urodzi syna i wychowa tego syna na księdza.

 

Mówi Pani wiele o potrzebie prawego, uformowanego sumienia. Żyjemy jednak w świecie, w którym praktycznie zapomina się o Bogu. Prawe sumienie jest zastępowane logiką utylitaryzmu. Jako dobre traktujemy często to, co tyko użyteczne albo wygodne. Mam wrażenie, że we współczesnym świecie coraz głośniej słychać chichot diabła, bo jego zatruty owoc zaczyna smakować ludzkości.

 

Wszystkie problemy świata powstały z grzechu nieposłuszeństwa. Przecież to przez nieposłuszeństwo aniołów powstało piekło. O diable powiedział Karol Wojtyła: „Pamiętaj, diabeł był przed człowiekiem i miał gotowy plan niszczenia ludzkości jako dzieła Bożego i ten plan realizuje”. Uczył, że: „Ciało ludzkie jest zawsze poddane duchowi – ale – albo Duchowi Świętemu, albo duchowi tego świata. Komu poddajesz swoje ciało?” Świat poddany jest diabłu. Koniec, kropka.

 

Musi jednak istnieć jakaś droga przezwyciężania tego poddaństwa. Przecież niebo jest pełne świętych. Sam Jan Paweł II kanonizował i beaty kował ich ponad dwa tysiące, my zaś wierzymy, że jest w niebie także mnóstwo tych niekanonizowanych…

 

Przeczytajże, człowieku, Novo Millenio Ineunte. To jest pedagogika świętości. Jest tam piękna poetycka wypowiedź. Jan Paweł II tak pisze: „Misterium lunae, tajemnica księżyca”. Księżyc nie ma swojego światła ani swojego ciepła, dostaje wszystko od słońca. Ta encyklika jest dla wszystkich odpowiedzialnych za młodych, szczególnie dla wychowawców, socjologów, teologów, doktorów – mają prawo przekazywać młodym tylko to, co jest ze Słońca – od Chrystusa. Nic więcej – żadnych innych teorii. Przekazywanie jedynej prawdy Objawienia to jest jedyny sposób żeby było prawidłowe wychowanie. Nie fałszować. Żyć w prawdzie. Prawda cię odkupi, prawda cię zbawi. Trzeba tylko znać tę prawdę. Widzę jak ludzie nic nie rozumieją i nie można ich oskarżać o złą wolę tylko o powierzchowność. Ojciec Święty mówił: „Zatrzymaj się, zastanów się. Pan Bóg przemawia w ciszy, daj miejsce na refleksję świadomą, daj miejsce dla duchowości”.

 

Dać miejsce duchowości to znaczy otworzyć się na Boga, który jest Święty?

 

Na początku pierwsi chrześcijanie nazywali się świętymi, prawda? Podczas pewnego spotkania z lekarzami ksiądz tak mnie przedstawił: „Pani doktor Półtawska jest święta”. Więc musiałam jakoś odpowiedzieć. Spróbowałam tak: „Państwo teraz w kościele” – mówiłam to po Mszy Świętej – „prawie wszyscy przystąpili do Komunii Świętej, jesteście święci. Jesteście wszyscy święci. Teraz tylko chodzi o to, żeby wyszedłszy z kościoła to samo zatrzymać. A wychodząc można zgrzeszyć myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Więc tylko masz jedną rzecz wychodząc z kościoła, utrzymać ten stan. Nie udało Ci się? Wracaj szybko, znowu zaczynaj”. Nie ma innego wyjścia. Bo grzesznikami jesteśmy wszyscy. Wszyscy święci byli grzesznikami… A poza tym trzeba umieć nazwać swoje czyny grzechami. Jak do mnie młodzi przychodzą i mówią, że się kochają, pytam: „Co to znaczy?”, oni na to: „No, jesteśmy razem”. Oznacza to, że cudzołożycie, więc to nie miłość, a krzywda, nazwijcie rzeczy po imieniu.

 

No właśnie: jaka jest ta współczesna miłość? W czym Pani upatruje największych zagrożeń w przygotowaniu młodych ludzi do miłości małżeńskiej?

 

Pracuję 60 lat z młodzieżą, z rodzica- mi, z nauczycielami. Z młodzieżą od przedszkola do uniwersytetu włącznie. Z rodzicami od początku małżeństwa do rozwodu – bo ja mam kartotekę, (i wiem, bo teraz robię remanent i likwiduję te materiały). Wiem na przykład, że ci co zaczęli od grzechu cudzołóstwa, kończą rozwodem. Sto procent tych co się rozeszli, a byli u mnie szukając pomocy, to byli ci, co ona była w ciąży, jak szli do ślubu. Zaczęli od grzechu śmiertelnego. Start od grzechu śmiertelnego nie jest startem do szczęścia ani do świętości. Oczywiście to nie znaczy, że wszyscy, którzy to zrobili, ro- zejdą się. Z mojego materiału wynika, że z tych, którzy przychodzili i chcieli pomocy, udało mi się pomóc tylko wte- dy, kiedy oni poszli do stałego spowiednika, poszli się nawrócić. Przed laty była taka dyskusja w naszym instytucie, którą prowadziłam. Kardynał Karol Woj- tyła dał swój salon na salę wykładową dla założonego przez siebie Instytutu Teologii Rodziny. Studenci siedzieli na podłodze i pewnego dnia padło pyta- nie: „Czy chłopak, ojciec dziecka, ma się żenić z kobietą, matką swego dziec- ka, czy nie?” Padały argumenty: tak czy nie? Ojciec Święty jak mógł, bywał obecny, słuchał, miał podzielną uwagę, coś sobie pisał, potem podniósł głowę i mówi: „A kto go zmusił, by stał się ojcem? Przecież to skutek jego wolnego czynu, to on jest odpowiedzialny, dziecko ma prawo do ojca”. Jednak wiem, że w takiej sytuacji, aby miłość przetrwała, potrzebne jest nawrócenie, potrzebny jest stały spowiednik.

 

Myślę, że nawrócenie potrzebne jest nie tylko tym dwojgu młodym, ale konieczny jest generalny zwrot w myśleniu i formowaniu do życia w miłości, która przecież ma swoje źródło w Bogu.

 

W Familiaris Consortio odnajdujemy widzenie profetyczne Ojca Świętego, który widział całość, i całościowo chciał wychować ludzi tak, by nikomu do głowy nie przyszło, żeby zabijać dziecko. Dlatego nauczał o miłości: bell’amore – pięknej, oblubieńczej. Jak by taka była między młodymi ludźmi, nie mieliby problemów z przyjęciem dziecka – dziecko byłoby uratowane.

 

W Familiaris Consortio wskazał na potrzebę zbudowania communio perso- narum, duchowego zjednoczenia osób: mężczyzny i kobiety. To jest jedyne rozwiązanie – gdy się naprawdę duchowo zjednoczą, świat im nie zagraża. Tylko problem polega na tym, że małżeństwa nie wypracowują tej komunii, nie myślą w ogóle o tym. Nie rozumieją, że miłość jest zadaniem, a miłość małżeńska musi być porozumieniem duchowym i musi prowadzić do wspólnoty osób. Egoistyczne, subiektywne przeżywanie zmysłowe, emocjonalne nie jest miłością. Natomiast communio oznacza: nic nie biorę tylko daję, daję siebie.

 

Jak należy rozumieć znaczenie aktu małżeńskiego?

 

Odpowiedź daje encyklika Humanae Vitae: dać siebie samego w celu ubogacenia drugiej osoby sobą. Ty masz dać, nie brać. Małżeństwo jest punktem zerowym, startem do nowego życia. Ma je poprzedzać miłość przedmałżeńska, która niewątpliwie wprowadza w to niezwykłe misterium sanctitatis, jakim jest małżeństwo. To właśnie chciał ratować Ojciec Święty: świętość miłości mężczyzny i kobiety. Zanim założą rodzinę, muszą przecież do siebie jakoś się zbliżyć, prawda? Chciał ratować okres narzeczeństwa. Ale ten okres miłości przedmałżeńskiej jest siłą faktu niedojrzały, niemający nic wspólnego z miłością rodzicielską, oni nie wiedzą, co to jest być ojcem i matką. To się kończy w chwili ślubu, bo się skończył ten okres. Wychodzą z kościoła w punkcie zero, startują.

 

Byłam teraz na ślubie, dwa dni temu, w kościele św. Idziego. Było pięknie. Obsypali nawet nowożeńców płatkami róż. Wyszli tacy szczęśliwi. Żenił się chłopak, którego znam od urodzenia, syn mojego ucznia. I ja mówię:„Słuchajcie dzieci, dla was to jest punkt zero”. Oni się, zdziwieni, patrzą. „Tak, bo to, co było relaksową, przedmałżeńską miłością skończyło się nieodwracalnie. Koniec! I tego nie zmienisz. Coście tam robili, ja nie wiem, ale teraz macie start od zera. Albo zbudujecie communio personarum, albo nie”. Pan młody w czasie Mszy Świętej czytał list św. Pawła o miłości. Jaka ma być ta miłość? Zupełnie inna od tamtej. Niczego nie żąda, wszystko daje, itd., itd. Nie zrozumieją małżeństwa, jeśli nie przyjmą tego, co sto razy powtarzał Karol Wojtyła: „Uczcie się kochać”.

 

Jak się stawać darem w małżeństwie dla drugiej osoby?

 

Nie będziesz pytać, jak będziesz kochać. Problem polega na tym, że miłości człowiek musi zaznać, żeby wiedzieć, co to jest, i dlatego Ojciec Święty namawiał do dawania świadectwa. Jak nie ma rodziców, którzy się kochają tak, że dziecko podgląda miłość rodziców, to później dzieci nie wiedzą, co to jest miłość. Bo ludzie nazwali miłością akt jednoczący ciała, ale to nie zawsze jest znakiem miłości. I tego nie można pokazać, bo staje się z miejsca pornogra ą. Istoty miłości nie da się przekazać żadnymi ludzkimi środkami przekazu, żadnymi zmysło- wymi, nie zważysz jej, nie zmierzysz. Małżonkowie jedni wiedzą, co to jest miłość i jak mają ją realizować.

 

W jakim sensie czułość jest znakiem miłości?

 

Czułość to jest bezinteresowny gest ciała, bez pożądania. Pożądliwości przeciwstawia Karol Wojtyła uniesienie. I mówi, że bez uniesień człowiek nie może żyć. Na wykładzie jeden z kleryków kiedyś zapytał: „Ale pani doktor: co to jest uniesienie?” Ja mówię: „No właśnie, tego nie możesz nawet określić, ponieważ rzeczywistość przekracza możliwość ekspresji słownej. Nie da się opisać”. Tak jak wiel- kie wzruszenia, czym czcimy? Chwilą milczenia. Milczenie mówi więcej niż wszelkie słowa. A do czego można po- równać uniesienie? Można porównać na przykład do zachwytu nad wspaniałym wschodem/zachodem słońca. Spojrzeniem na drugą osobę, która jest piękna, bo człowiek jest piękny, zarówno kobieta, jak i mężczyzna. To jest to, czego nie umiesz wyrazić, ale wiesz,  że dzieją się wielkie sprawy w tobie. To jest to, co powiedział Papież: każdy musi mieć swoje Westerplatte, coś świętego, prawda? Uniesienie jest duchowe, to nie przeżycie zmysłowe.

 

Jeśli miłość jest tak trudna do uchwycenia i rozpoznania, gdzie się jej mają uczyć ci, którzy nie mieli szczęścia posiadania kochających się rodziców?

 

Jak był problem z podręcznikiem do tak zwanego wychowania seksualnego, Ojciec Święty powiedział: „Czegóż oni szukają – mają Quo vadis”. Tam prymitywna, zmysłowa miłość przekształca się w najgłębsze communio personarum – dokonuje się metanoia. Ale skasowali, nie ma już tej książki w programach szkolnych, nie czytają ludzie. Czytałeś Pana Wołodyjowskiego? Siedzi Michał z Basią i on wie, że umrze. Siedzą i milczą koło siebie, nic więcej. Piękna scena. Karol Wojtyła potrafił znaleźć te wzory w literaturze, był entuzjastą literatury pięknej. Więc przez nią próbował przybliżyć ideał miłości, bo najbliżej tego zawsze są poeci. Tym jest Jego Tryptyk – poetycką syntezą całej filozofii. Jak ten człowiek staje w zadziwieniu. Zadziwienie, uniesienie. Bo właściwie trzeba zastanowić się, dlaczego Bóg stworzył świat? W wielkim zadziwieniu stworzył. Zadziwienie jest jednocześnie podziwem i on tu zwraca oczy natychmiast do Kreatora mówiąc: zacznijcie ludzie mówić o Bogu jako Stworzycielu – ludzie, przestaliście o tym myśleć!

 

Zachwyt i podziw wobec miłości dwojga ludzi jest więc zachwytem wobec dzieła Boga-Stwórcy, który nie tylko uzdalnia serce człowieka do takiej miłości, ale obdarza szcze- gólnym darem – nowym życiem?

 

Oczywiście, małżeńskie zespolenie jest święte nie dlatego, że daje dziecko, ale że jest realizacją Bożego planu. Bogu miła jest miłość, która wrasta w strukturę człowieka i miłość ma być w małżeństwie od początku do końca. Natomiast miłość małżeńska ma zadania rodzicielskie, które Pan Bóg wypowiada: „Idźcie, napełniajcie ziemię, rozmnażajcie się”. Karol Wojtyła jako biskup chrzcił każde siódme dziecko, żeby dać świadectwo piękna rodziny wielodzietnej. On głosił pochwałę małżeństwa, które ma być transcendencją miłości i życia. Po to jest małżeństwo, żeby przez pokolenia transcendencja mi- łości i życia trwała.

 

Pani doktor, można się zachwycić takim spojrzeniem na miłość. Sadzę, że wszyscy młodzi takiej miłości by pragnęli. A jednak w naszym pokoleniu i na naszych oczach to się zupełnie rozmyło.

 

Proszę zobaczyć, jaka jest współczesna gradacja grzechów w małżeństwie. Porządny chłopak żeni się z dobrą dziewczyną i po latach ci sami ludzie stają się złym małżeństwem, znaleźli się w konflikcie, i rozwód, coś jest nie tak, jak miało być. Zawarli małżeństwo, żeby razem pójść do nieba,bo taki jest sens sakramentu małżeństwa. Sakrament małżeństwa zrywają, bo nic nie rozumieją. Dlaczego? Dlatego, że chcieli tylko swój plan realizować, nie wzięli pod uwagę tego, że są stworzeniem i że jest Stwórca, i że mają realizować Boży plan, a nie swój.

 

Błędne koło…

 

Tak powstaje błędne koło grzechu. I teraz trzeba przerwać to koło. Kto? Każdy. Posłużę się tu przykładem z pozornie zupełnie innego kontekstu. Przyjechała delegacja Solidarności w czasie stanu wojennego do Ojca Świętego. Pytali: „Co teraz robić?” Modlił się długo, bo on zawsze najpierw się modlił. A potem powiedział zdanie, które trzeba podać wszystkim zawsze i na zawsze: „Niech każdy z was zwiększa sumę dobra w sobie samym, a naród stanie się lepszy”. Niech mąż zwiększa sumę dobra w sobie samym, a małżeństwo będzie lepsze. Tylko, czy oni tego chcą? Przychodzą do mnie od sześćdziesięciu lat. On mówi: „Tylko niech ona się zmieni”, a ona: „Niech on się zmieni”. Ja wtedy mówię: „Żadne z was nie może drugiego zmienić. Każdy sam ma zmienić siebie! A jak ty się zmienisz, to układ przestaje być 5 i 5, może być 5 i 17. Zacznij od siebie, człowieku, nie próbuj poprawiać drugiego, nie podejmuj roli prokuratora w rodzinie”. Oskarżają się bez końca. O co? O drobiazgi, nie o wielkie rzeczy. Powiem więcej: dlatego tak głupi są, że się kłócą o bzdury. Jak pan zapyta małżeństwo, o co się kłócili, to nie umieją nawet powiedzieć. O wszystko. Dokładnie o wszystko. O to, że on za- brudził podłogę.

 

A jakie są wielkie grzechy małżeńskie? Przeciwko wierności, przeciwko życiu, przeciwko sakramentowi małżeństwa. Czyli ich życie staje się degradacją, a Ojciec Święty uczy: „taki się stajesz, jak twoje czyny” – pisze to w Osobie i Czynie: „Jakość czynów przechodzi na sprawcę”. Czyny ich wspólne są coraz gorsze. Dlaczego? Bo jest problem nieposłuszeństwa i pychy człowieka, i pierwszy grzech jest przeciwko ży- ciu. Nie chcą dziecka. Dlaczego? Z tego samego powodu: bo traktują dziecko jako swój plan: teraz chcemy, a teraz nie chcemy. Zapomnieli, że to dar Stwórcy. Zjawia się pojęcie: niechciane dziecko. Na naszych oczach, mojego pokolenia, została zdegradowała rodzina. Jak byłam młodą dziewczyną, nie było prawa o rozwodach, prawa do aborcji, ani eutanazji, ani antykoncepcji, to wszystko narosło. Jan Paweł II to widział i cierpiał.

 

Najbardziej chyba z powodu masowych aborcji?

 

Zasadnicze jest to, że aborcja jest zniszczeniem dzieła Bożego, jest skierowana przeciwko stworzeniu. Pan Bóg szczególnie obdarzył kobietę. Ojciec Święty nazywa narząd rodny kobiety sanktuarium życia, nie waha się mówić o świętości ciała kobiety, a kobietę nazywa strażniczką życia. Bóg daje im dziecko, a ona je zabija. Nie tylko ona. Oni! On – ojciec – wchodzi w grę także jako ten, który współdecyduje; jeszcze lekarz do tego dochodzi. To są grzechy przeciwko życiu, przeciwko piątemu przykazaniu. W Evangelium Vitae Ojciec Święty mówi jednoznacznie o karze ekskomuniki za grzech zabójstwa dziecka. Jest to grzech ciężki. Nie ma żadnych obiektywnych argumentów za aborcją!

 

Chciałem zapytać o tak zwany kompromis aborcyjny z początku lat 90. Myśli Pani, że teraz, po dwudziestu latach, społeczeństwo jest na tyle dojrzałe, by przyjąć całkowitą ochronę życia dziecka poczętego?

 

Problem świadomości społecznej to bardzo ważna kwestia. Na dzisiaj pytanie raczej brzmi: czy posłowie są dojrzali, przecież to oni będą głosować. Jeżeli całe prawo stanowione stoi na aksjomacie, że nie wolno zabijać, to nikogo nie wolno zabijać. Ojciec Święty bardzo przeżywał, gdy wyszła ta ustawa, że wolno zabić chore dziecko w łonie matki. Pytał: „A co na to pediatrzy, dlaczego nie reagują?” Przecież powinien być od razu olbrzymi protest wszystkich pediatrów. Jakże to? Rozwiązuje się problem choroby w ten sposób, że się zabija chore dzieci? Z inicjatywy pana Owsiaka robi się koncerty na rzecz chorych dzieci. A to samo dziecko w łonie matki można zabijać. Gdzie tu logika? Gdy lekarze nie zareagowali, Jan Paweł II był tak bardzo zawiedziony. Mówił do nas: „Stwórzcie mocny Związek Lekarzy Katolickich!”

 

A przypadki kiedy kobieta została zgwałcona, jak je tłumaczyć?

 

Gwałt jest zawsze wielkim dramatem. Kobieta została zgwałcona i to jest grzech. Ale teraz za ten grzech, za tę zbrodnię kto jest karany?

 

Dziecko, które jest zabijane.

 

Niewinne dziecko, które nic złego nie zrobiło! No więc jaka w tym logika?

 

Jeżeli chcesz karać karą śmierci, to faceta zabij w takim razie. Jeżeli już kogoś karać, to na pewno nie dziecko tylko ojca. O tym nie ma dyskusji w ogóle.

 

A ten trzeci przypadek, kiedy zagrożone jest życie matki?

 

Nigdy dziecko nie zagraża bezpośrednio życiu matki. Może być choroba, która zagraża. Przy porodzie zawsze chodzi o dwie osoby. Czasem się da uratować dziecko, czasem matkę, niekiedy żadne z nich. Jest problem tak zwanych wskazań medycznych, które wynikały z potrzeby szczególnej opieki nad chorą kobietą. Natomiast jak już jest poczęte dziecko, to mamy dwoje pacjentów. Trzeba mieć na względzie życie i matki, i dziecka. Ale poza tym to są bardzo często przypadki „naciągane”, bo ja robiłam takie badania lata temu. Wielcy ginekolodzy, którzy mieli kilkadziesiąt lat praktyki, byli pytani, ile razy naprawdę się zdarzyło, żeby ciąża zagrażała matce. Stwierdzali, że to się zdarza wyjątkowo rzadko.

 

Znam jeszcze takie sytuacje szczególne. Była taka, już nieżyjąca, lekarz-ginekolog, co zabijała bez problemu zdrowe dzieci. Natomiast specjalizowała się w prowadzeniu trudnej, powikłanej, skomplikowanej ciąży i przekazała nam o tym kapitalne materiały. Z materiałów tych wynika, że da się ciążę uratować, jeśli kobieta, która miała z nią kłopoty, była pod stałą, dobrą opieką lekarza. Pan doktor Szeląg, który jeszcze do dzisiaj pracuje, wziął do swojego własnego domu kobietę, która będąc w ciąży, chorowała na raka. Wszyscy w szpitalu radzili dziecko zabić. A on zabrał pacjentkę do siebie, aż do porodu, a gdy urodziło się dziecko, wtedy przeprowadził u matki zabieg operacyjny. Żyją, i matka, i dziecko. Tak jest, trudne przypadki wymagają szczególnej troski lekarskiej. A nie zabijania. Lekarz nie jest po to, by do przychodzącego w depresji pacjenta powiedzieć: „Niech pan się powiesi”. Ma go przed tym bronić, prawda?

 

Zdecydowanie tak.

 

Natomiast antykoncepcja, która była traktowana jako remedium na grzech aborcji, jest obiektywnie cięższym grzechem. Dlaczego? Bo to jest manipulacja planem Stwórcy. Karol Wojtyła powiedział jednoznacznie: „Jest to grzech przeciwko pierwsze- mu Bożemu przykazaniu, przeciwko Stwórcy. Tu się ujawnia grzech pychy ludzkiej”. I dodał: „Szczególnie pychy mężczyzny, bo jest tak, jakby człowiek powiedział Bogu: «Panie Boże, źle stworzyłeś tę płodność, my ją poprawimy»”. Co człowiek może poprawić? Nic – może tylko zniszczyć. A in vitro? To jest krok dalej – grzech odrzucenia Boga Kreatora. Człowiek całkowicie odrzuca Boga, chce zająć Jego miejsce. Dyskusja o in vitro idzie po linii powierzchownej, że to grzech przeciwko piątemu przykazaniu, bo przy okazji urodzenia pięciu czy sześciu dzieciaków zabijasz czwórkę. To nie jest najważniejsze! Istotą jest totalne usunięcie Kreatora. Nie ma Boga, my decydujemy. Cięższego grzechu już nie można wymyślić. Dlatego, jak to Ojcu Świętemu referowałam, to powiedział: „Pan Bóg będzie musiał chyba ukarać tę ludzkość, bo to woła o pomstę do nieba”.

 

Pani dyskurs o antykoncepcji jako grzechu przeciwko pierwszemu przykazaniu jest bardzo radykalny. Rzadko kto odczytuje antykoncepcję w takiej perspektywie.

 

Tak. Antykoncepcja jest zasad- niczym grzechem przeciwko Bogu i pierwszemu Bożemu przykazaniu. Aktualnie małżeństwa masowo grzeszą antykoncepcją. Ojciec Święty chciał ratować świętość małżeństwa i rodziny. To jest ten problem, którym cały czas się zajmował. Tymczasem ośrodki, które badają myśl Bożą u Jana Pawła, w ogóle nie mówią o antykoncepcji. Temat został wyciszony. Gdy Jan Paweł II miał wykład na Lateranie, to jego stwierdzenie, że antykoncepcja jest grzechem przeciwko pierwszemu Bożemu przykazaniu, zniknęło z tekstu. Ale ja byłam świadkiem wtedy. Słyszałam te słowa, bo miałam tam swój referat. Istnieje więc problem zrozumienia, że punkt ciężkości jest tu: jeśli człowiek siebie uzna za stworzenie, które ma być posłuszne Stwórcy – problem jest rozwiązany. Ale ty, jeśli odrzucasz w ogóle Stwórcę, to dokąd pójdziesz? To już było za Pana Jezusa. Mówili: „Twarda jest ta mowa”. Pan Jezus nie zmiękczał, tylko pytał: „I wy też odejdziecie?” To Piotr odpowiedział: „Do kogo pójdziemy?”

 

Powiem mocno: małżeństwa stosujące antykoncepcję idą do piekła. O piekle nie chcą mówić, bo diabeł wygrał i w niego nie wierzą. Natomiast Ojciec Święty naprawdę mówił wciąż o tym – o piekle.

 

Wspominała pani, że kwestia tak zwanych nadprogramowych em- brionów jest marginalna przy etycznej ocenie in vitro…

 

A ja zabraniam mówić o nich embriony! Tam jest pełno dzieci zamrożonych w lodówkach.

 

Ale co z nimi?

 

No, są zabijane. Istnieje postanowienie Światowej Organizacji Zdrowia, że można je trzymać pięć lat, a następnie „usunąć”. Potem giną.

 

Tak. Ale istnieje koncepcja tak zwanej adopcji prenatalnej, aby kobiety przyjmowały te przechowywane embriony do swego ciała, ratując je w ten sposób.

 

Zamrożonych nie uratujesz. To jest zbrodnia podobna do zbrodni Hessa w Oświęcimiu, do ludobójstwa Stalina. Taki współczesny Oświęcim. Nie mogę zrozumieć, że dorośli mężczyźni i kobiety oddają swoje komórki, by uczestniczyć w śmiertelnym grzechu wymuszenia na Stwórcy tego nowego życia. Jeżeli ludzie zaczną kochać, nie będą tego robili. Dlatego cały wysiłek Jana Pawła II szedł w kierunku uświęcania miłości mężczyzny i kobiety. Chodzi o bell’amore – piękną miłość. Tylko w niej jest rozwiązanie.

 

Ojciec Święty na moje pytanie, dlaczego diabeł jest taki mocny, powiedział: „Przeczytaj sobie Księgę Hioba”. Tak, Pan Bóg daje diabłu szansę do jakiegoś czasu, by kusił. Ale biada ci, jak stanąłeś po stronie diabła. Żeby ratować ludzkość, Jan Paweł II wędrował po świecie i uczył pięknej miłości, bo tylko to uratuje lu- dzi, nie ma innego wyjścia. Tak samo chciał cywilizację nienawiści i śmierci zamienić w cywilizacje miłości i życia, i stawiał na kogo? Na was, na młodych. Mówił: „Wy jesteście moją nadzieją, że zmienicie ten świat”. A wy co robicie? Masowo wasze pokolenie idzie w konkubinat! Są jeszcze młodzi wierzący, ale wcale nie zabierają głosu, nie mówią. Jak są dyskusje w akademikach, niech któryś chłopak odważy się bronić dziewictwa, czystości. Nie ma takich. Brakuje męskości od męstwa, od odwagi cywilnej. Faceci tchórze. Nawet jeśli myślą prawidłowo, nie powiedzą słowa. Bo ich zakrzyczą, że są z ciemnogrodu. Nie ma mężczyzn, ponieważ kobiety na różne sposoby próbują wchodzić w role mężczyzn, a ci odsuwają się do tyłu, nic nie robią. Wychowaniem dzieci zajmuje się tylko ona. Jak to możliwe? Sama kobieta nie wychowa dziecka. To rodzice są do wychowania. Ojciec daje kierunek, a ona otoczkę, żeby było dobrze, ciepło, rodzinnie.

 

Uczmy się szacunku dla siebie nawzajem jako Bożych stworzeń. Dziecko trzeba uczyć szanować dorosłych. To jest klęska rodziców, jeśli pozwalają swoim dzieciom mówić do siebie po imieniu, klepać się po ramieniu. Za moich czasów mówiło się „panie ojcze”, „pani matko”. Rodzice nie są kolegami. A dzisiaj stają się kolegami i tracą autorytet. Od początku ma się uczyć człowieka, że istnieje porządek wartości. Także w małżeństwie. Ale jeśli chłopak nie będzie szanował dziewczyny przed małżeństwem i traktował ją jak rzecz, to później w małżeństwie dalej traktuje żonę jak rzecz. Ojciec Święty mówi: „Nie wolno traktować człowieka jak rzeczy”. Musicie brać po kolei wszystko, czego nauczał, wszystko, co powiedział, bo On dał pełny komplet materiałów, recept jak tworzyć święte małżeństwo, jak budować bell’amore. Wszystko jest napisane, wypowiedziane…

 

Rozmawiał Jakub Bałtroszewicz.

 


 

Artykuł pochodzi z IMAGO – Czasopismo Fundacji Pro Humana Vita, które było wydawane w latach 2011-2012 w celu promocji bioetyki. Jest próbą wakacyjnego przypomnienia tego cennego dzieła i najciekawszych artykułów.