Aborcja to nie „opieka zdrowotna”, ponieważ ciąża nie jest chorobą – przed decyzją Komisji Europejskiej w sprawie inicjatywy „Mój głos! Mój wybór!”

by FUNDACJA JZN
We współczesnej praktyce prawnej i politycznej utrwalił się niepokojący zwyczaj redefiniowania rzeczywistości zgodnie z bieżącymi potrzebami. Trudno dziś znaleźć ustawę – a już z pewnością dyrektywę Unii Europejskiej – która nie zawierałaby obszernego katalogu definicji legalnych. Uznaje się to za przejaw dobrej techniki legislacyjnej, służącej przejrzystości prawa. W praktyce jednak nierzadko prowadzi to do nadawania pojęciom znaczeń, jakich nie mają one w języku potocznym – a czasem wręcz znaczeń z nim sprzecznych.

Szczególnie wyraźnie widać to w sporze o aborcję. Zdaniem krytyków, ponieważ jest to z natury praktyka drastyczna, podejmowane są liczne próby jej „upiększania” i „normalizowania” za pomocą eufemistycznego lub mylącego języka. Równocześnie wprowadza się ją do kontekstów faktycznych i regulacyjnych, w których – jak twierdzą oponenci – jest ona całkowicie nie na miejscu.

W języku angielskim już samo określenie „termination of pregnancy” („zakończenie ciąży”) bywa uznawane za trywializujące. Sugeruje bowiem zamknięcie pewnego procesu, na którego końcu mógłby dopiero powstać człowiek, co – według krytyków – zaciemnia fakt, że dziecko w łonie matki jest już istotą ludzką. W tej perspektywie tak zwane „zakończenie” oznacza w istocie akt pozbawienia życia.

Jeszcze dalej idzie – w ocenie przeciwników takiej terminologii – przedstawianie aborcji jako „usługi” służącej zdrowiu kobiet. Na poziomie międzynarodowym zabieg ten realizowany jest poprzez konsekwentne używanie pojęć takich jak „zdrowie seksualne”, „prawa reprodukcyjne” czy „sexual and reproductive health and rights” (SRHR). Terminy te pojawiły się w języku biurokracji Organizacji Narodów Zjednoczonych nieco ponad trzy dekady temu, a następnie przeniknęły do słownictwa administracyjnego wielu państw, do dokumentów Rady Europy oraz instytucji Unii Europejskiej, gdzie dziś funkcjonują jako oczywisty element dyskursu.

Zdaniem krytyków nie jest to efekt spontanicznej ewolucji języka społecznego, lecz rezultat starannie zaplanowanej i pielęgnowanej strategii komunikacyjnej, prowadzonej przez polityków i urzędników. Jej celem ma być przede wszystkim maskowanie rzeczywistego znaczenia wprowadzanych pojęć. W praktyce – jak argumentują – może to prowadzić do sytuacji, w której ktoś, akceptując dokument odwołujący się do „praw reprodukcyjnych”, dopiero po fakcie dowiaduje się, że jego zgoda została zinterpretowana jako przyzwolenie na przerywanie ciąży.

Dwuznaczność odgrywa w tej strategii istotną rolę. Gdyby neologizmy takie jak „prawa reprodukcyjne” czy „zdrowie seksualne” interpretować dosłownie, trudno byłoby je kwestionować – któż bowiem twierdziłby, że komukolwiek należy zakazać posiadania potomstwa albo że prawo do ochrony zdrowia nie obejmuje także zdrowia narządów płciowych? Krytycy wskazują jednak, że twórcy i użytkownicy tych pojęć nie chcą ograniczać się do ich literalnego znaczenia, lecz nadają im zakres obejmujący nowe, moralnie kontrowersyjne „prawa”, które niechętnie nazywają wprost.

W przemówieniu do przedstawicieli Korpusu Dyplomatycznego z 9 stycznia br. Ojciec Święty Leon XIV przestrzegł przed zniekształcaniem języka – zjawiskiem, które bywa zapewne częściowo niezamierzone, lecz niekiedy sprawia wrażenie przynajmniej w pewnym stopniu celowego.

„W naszych czasach znaczenie słów staje się coraz bardziej płynne, a pojęcia, które one wyrażają, coraz bardziej niejednoznaczne. Język przestaje być uprzywilejowanym narzędziem poznania i spotkania między ludźmi, a coraz częściej staje się bronią w meandrach semantycznej dwuznaczności (…). Musimy zadbać o to, aby słowa ponownie wyrażały jednoznaczne, jasne i wyraźne rzeczywistości. Tylko w ten sposób możliwe będzie wznowienie autentycznego dialogu, wolnego od nieporozumień” – powiedział Papież.

Wydając to ostrzeżenie, Ojciec Święty miał prawdopodobnie na myśli również wydarzenia związane z unijną inicjatywą aborcyjną „My Voice, My Choice” (Mój głos, Mój wybór), do której w tym samym przemówieniu – kilka akapitów dalej – nawiązał wprost, choć bez wymieniania jej z nazwy. „W tym kontekście Stolica Apostolska wyraża głębokie zaniepokojenie projektami finansowania transgranicznej mobilności w celu uzyskania dostępu do tak zwanego ‘prawa do bezpiecznej aborcji’ i uznaje za godne ubolewania, że środki publiczne są wykorzystywane do niszczenia życia zamiast do wspierania matek i rodzin” – stwierdził.

Inicjatywa aborcyjna zakłada utworzenie mechanizmu finansowanego przez Unię Europejską, który umożliwiłby „kobietom niemającym dostępu do aborcji w swoim kraju” dokonanie zabiegu w innym państwie członkowskim. Organizatorzy nie sprecyzowali jednak, w jaki sposób taki mechanizm miałby zostać zaprojektowany, aby nie naruszał prawa unijnego, pozostawiając rozwiązanie tego problemu Komisji Europejskiej.

Na pierwszy rzut oka utworzenie funduszu wspierającego tzw. turystykę aborcyjną wykracza poza kompetencje Komisji, których zakres ogranicza zasada przyznania. W tym kontekście zaskakujące jest – a zdaniem krytyków może to świadczyć o ideologicznym uprzedzeniu decydentów sprzyjających celowi inicjatywy – że projekt został w ogóle dopuszczony do procedowania i że wniosek o jego rejestrację nie został odrzucony z uzasadnieniem, iż Unia Europejska nie jest właściwym adresatem tego rodzaju postulatu.

W tym kontekście interesująca jest odpowiedź Komisji Europejskiej na pytanie pisemne [1] skierowane do niej przez dwóch posłów do Parlamentu Europejskiego. Komisja – jak przypomniano – ma obowiązek zarejestrować europejską inicjatywę obywatelską, o ile nie jest ona „w sposób oczywisty” (podkreślenie w oryginale) poza zakresem jej uprawnień do przedłożenia wniosku dotyczącego aktu prawnego Unii w celu wykonania Traktatów.

Jak wyjaśnił w imieniu Komisji jej wiceprzewodniczący Maroš Šefčovič, sporna inicjatywa została zarejestrowana „ponieważ wsparcie finansowe dla działań państw członkowskich w dziedzinie promowania zdrowia może mieścić się w zakresie wspierających kompetencji Unii (art. 168 ust. 5 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej – TFUE)”.

Jednocześnie zaznaczono, że takie wsparcie musi pozostawać w zgodzie z art. 168 ust. 7 TFUE, zgodnie z którym Unia jest zobowiązana do poszanowania odpowiedzialności państw członkowskich za określanie ich polityki zdrowotnej oraz za organizację i świadczenie usług zdrowotnych i opieki medycznej – w tym w obszarze tzw. zdrowia seksualnego i reprodukcyjnego.

Z przytoczonego stanowiska wynika, że nie można wykluczyć, iż petycja rzeczywiście wykracza poza kompetencje Unii Europejskiej; zdaniem Maroša Šefčoviča nie jest to jednak oczywiste w sposób „manifestacyjny”. Taka interpretacja najwyraźniej okazała się wystarczająca dla Komisji Europejskiej, która – jak się wydaje – świadomie ustawiła próg dopuszczalności stosunkowo nisko.

Może to sprawiać wrażenie pewnej stronniczości, należy jednak pamiętać, że Komisja, stosując w przeszłości bardziej rygorystyczne kryteria, została już dwukrotnie skrytykowana przez Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej za odmowę rejestracji inicjatywy obywatelskiej. W tym świetle przyjęcie zasady, by w razie wątpliwości dokonywać rejestracji, wydaje się zrozumiałe. Z drugiej jednak strony trudno uznać za właściwe dopuszczanie sytuacji, w której obywatele przez rok zbierają podpisy, by następnie usłyszeć, że ich wysiłek był daremny, ponieważ inicjatywa nie spełniała kryteriów dopuszczalności.

Nie można wykluczyć, że liczono na to, iż inicjatywa zdobędzie tak przytłaczające poparcie i wygeneruje tak silny impet polityczny, iż wszelkie zastrzeżenia prawne zostaną później zbagatelizowane jako czepialstwo. Jeżeli takie kalkulacje rzeczywiście istniały, strategia ta nie przyniosła oczekiwanego efektu. „My Voice, My Choice” przekroczyła wprawdzie próg miliona podpisów, lecz wyraźnie ustąpiła wynikowi inicjatywy pro-life „ONE OF US” z 2014 roku, która – w sprawie dokładnie przeciwnej, domagając się zakazu finansowania z budżetu UE działań wiążących się z niszczeniem embrionów ludzkich – zgromadziła znacznie większą liczbę deklaracji poparcia.

Kwestia dopuszczalności inicjatywy aborcyjnej pozostaje zatem otwarta. Kluczowe znaczenie ma tu odpowiedź na pytanie, czy aborcję rzeczywiście można zakwalifikować jako element „polityki zdrowotnej”, jak twierdzą jej zwolennicy i co – przynajmniej implicite – zdaje się przyjmować Komisja Europejska w swojej komunikacji, nie przedstawiając jednak rozstrzygającego uzasadnienia.

Ujęcie aborcji jako „usługi zdrowotnej” może być z perspektywy jej zwolenników celem strategicznym nawet ważniejszym niż ewentualne środki finansowe, które Komisja mogłaby przeznaczyć na wspieranie transgranicznych wyjazdów w celu przeprowadzenia zabiegu. Nie jest to jednak wyłącznie kwestia prawna, lecz przede wszystkim spór o znaczenie słowa „zdrowie”.

Zdaniem krytyków przerywanie ciąży oznacza zamierzone pozbawienie życia dziecka w łonie matki – działanie podejmowane w celu zakończenia jego istnienia, ponieważ jest ono nieplanowane lub niechciane. W tej perspektywie aborcja nie stanowi „świadczenia zdrowotnego” i nie może nim się stać niezależnie od użytej terminologii, ponieważ ciąża nie jest chorobą, a odebranie życia nie jest terapią.

Oczywiście istnieją również sytuacje, w których bezpośrednie i realne zagrożenie życia kobiety ciężarnej może zostać odwrócone wyłącznie poprzez interwencję medyczną, która – jako świadomie akceptowany skutek uboczny – prowadzi także do utraty płodu. Można mieć wątpliwości, czy takie przypadki w ogóle należy określać mianem „aborcji”, skoro zniszczenie płodu nie jest celem działania, lecz niezamierzonym następstwem czynności podejmowanej w innym, nadrzędnym celu. Tym celem jest ratowanie życia kobiety – a działanie takie uchodzi za moralnie i prawnie usprawiedliwione, ponieważ nie można wymagać od kobiety ciężarnej poświęcenia własnego życia dla życia dziecka.

Tego rodzaju interwencje ratujące życie bez wątpienia można zakwalifikować jako świadczenie zdrowotne. Co więcej, ich dopuszczalność nie budzi w praktyce sporów, a we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej istnieją w tym zakresie jasne regulacje – również w krajach o bardziej restrykcyjnych przepisach dotyczących przerywania ciąży, takich jak Polska czy Malta. W konsekwencji żadna kobieta znajdująca się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia nie jest zmuszona do wyjazdu za granicę w celu przeprowadzenia zabiegu.

To jednak nie takie przypadki – w których rzeczywiście można mówić o świadczeniu zdrowotnym – stanowią przedmiot inicjatywy „My Voice, My Choice”. Skoro bowiem nie ma potrzeby wyjazdu do innego państwa, nie ma też potrzeby tworzenia unijnego mechanizmu finansującego transgraniczne zabiegi. (Wyjątkiem mogłyby być sytuacje, w których realne zagrożenie życia kobiety nie występuje, lecz jest jedynie deklarowane w celu uzasadnienia aborcji z innych powodów. Wówczas można by mówić o aborcji sensu stricto, lecz trudno byłoby uznać ją za „usługę zdrowotną”, skoro nie chodzi o ochronę zdrowia kobiety, lecz o zakończenie ciąży.)

Idąc tropem argumentacji inicjatorów przedsięwzięcia, można jednak postawić tezę, że w przypadkach, w których aborcja nie podlega karze – a więc jest „legalna” w przyjętym przez nich znaczeniu – należy zapewnić takie warunki jej przeprowadzenia, aby poza płodem (którego życie ma zostać zakończone) nie doszło do uszczerbku na zdrowiu kobiety. Z tego wywodzi się postulat traktowania aborcji jako „świadczenia zdrowotnego” także w tych sytuacjach.

Argument ten – stanowiący w istocie główną dźwignię retoryczną środowisk proaborcyjnych – jest do pewnego stopnia zrozumiały, lecz tylko w bardzo wąskich granicach. Rozciąga on bowiem pojęcie „legalności” ponad jego właściwe znaczenie, nie dostrzegając, że brak sankcji karnej nie jest równoznaczny z istnieniem prawa podmiotowego, które państwo ma obowiązek aktywnie gwarantować. W takich przypadkach aborcja nie stanowi „prawa”, lecz działanie tolerowane; nie jest też w ścisłym sensie „świadczeniem zdrowotnym”, lecz środkiem realizacji wyboru o charakterze moralnie kontrowersyjnym.

Państwo ma oczywiście obowiązek czuwać nad tym, by wszelkie procedury medyczne – także te dopuszczone przez prawo – były wykonywane lege artis i z zachowaniem rygorystycznych norm sanitarnych, tak aby nie dochodziło do patologii, jak w głośnej sprawie lekarza aborcyjnego Kermita Gosnella z Filadelfiii (USA). Cel ten można jednak osiągnąć poprzez odpowiedni nadzór zawodowy nad lekarzami oraz system odpowiedzialności prawnej za błędy w sztuce, bez konieczności uznawania aborcji za pełnoprawne świadczenie zdrowotne w sensie polityki publicznej.

Z powyższego – zdaniem krytyków inicjatywy – nie wynika w żadnym razie, że Komisja Europejska może zakwalifikować aborcję niemającą wskazań medycznych jako „świadczenie zdrowotne” i finansować ją w oparciu o art. 168 TFUE. Aborcje dokonywane bez medycznej konieczności nie są bowiem usługą zdrowotną, lecz – w tej perspektywie – przejawem nieodpowiedzialnego i moralnie wątpliwego stylu życia.

Nieprzypadkowo przerywanie ciąży jest regulowane przez prawo karne we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej – bez wyjątku. Nawet we Francji, która w 2024 r. wpisała do swojej konstytucji tzw. „prawo do aborcji”, nielegalne zabiegi nadal podlegają sankcjom karnym, w tym karze pozbawienia wolności. Jest to punkt wspólny wszystkich europejskich porządków prawnych; różnice dotyczą wyłącznie zakresu i szerokości wyjątków od odpowiedzialności karnej.

W konsekwencji aborcja należy przede wszystkim do sfery prawa karnego, a nie ochrony zdrowia. Zakaz jej dokonywania wynika z faktu, że we wszystkich systemach prawnych Europy życie ludzkie – w tym życie dziecka przed narodzeniem – uznawane jest za dobro o najwyższej, bądź jednej z najwyższych, wartości prawnej. Nie budzi wątpliwości, że państwa członkowskie mają prawo (a nawet obowiązek) chronić tak doniosłe dobro odpowiednimi środkami, do których mogą należeć także sankcje karne.

Proponowane przez inicjatywę „My Voice, My Choice” finansowanie z budżetu UE wyjazdów w celu dokonania aborcji oznaczałoby zatem ingerencję Unii w krajowe systemy prawa karnego.

Byłoby to – według tej argumentacji – niedopuszczalne nie tylko dlatego, że kompetencje Unii w dziedzinie prawa karnego są ograniczone i w żadnym razie nie obejmują regulowania przestępstw związanych z aborcją, lecz także dlatego, że ingerencja ta miałaby charakter „wrogi” wobec polityki ustawodawczej państw członkowskich. Jej celem byłoby bowiem w praktyce przeciwdziałanie krajowym regulacjom karnym oraz udaremnianie realizacji ich założeń – w tym przypadku ochrony życia nienarodzonego – poprzez umożliwienie dokonania czynu za granicą osobom, które w swoim państwie nie mogłyby go legalnie popełnić.

Taka koncepcja byłaby – w ocenie jej przeciwników – oczywiście sprzeczna z zasadą lojalnej współpracy, która wiąże nie tylko państwa członkowskie wobec Unii Europejskiej, lecz również samą Unię wobec państw. Rodzi to pytanie, w jaki sposób Komisja Europejska mogła w ogóle zarejestrować inicjatywę obywatelską o tak sformułowanym celu.

Państwo członkowskie, które nie chciałoby tolerować takiego rozwiązania, mogłoby zresztą stosunkowo łatwo podjąć środki obrony – i to bez konieczności kierowania skargi do Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Wystarczyłoby objąć odpowiedzialnością karną nielegalne aborcje również wówczas, gdy zostały dokonane za granicą. Odpowiedzialność karna o charakterze eksterytorialnym jest wprawdzie raczej wyjątkiem niż regułą, jednak co do zasady państwo może penalizować i ścigać czyny popełnione poza jego terytorium. Już dziś rozwiązanie takie funkcjonuje w odniesieniu do niektórych przestępstw, jak choćby wykorzystywanie seksualne dzieci. Nie ma – jak argumentują krytycy – obiektywnej przesłanki, by podobnego mechanizmu nie można było zastosować także w przypadku aborcji, surogacji, handlu ludźmi czy innych czynów, jeśli ochrona dobra prawnego nie może zostać zapewniona w inny sposób.

Podsumowując: „aborcja na życzenie” nie stanowi opieki zdrowotnej. W konsekwencji art. 168 TFUE nie może – według tej argumentacji – stanowić podstawy prawnej do finansowania aborcji przez Unię, nawet w formule „działań wspierających” przewidzianych w art. 168 ust. 5.

Dziedziną polityki publicznej, do której należy regulacja przerywania ciąży, jest przede wszystkim prawo karne. Unia nie posiada kompetencji do stanowienia prawa w zakresie aborcji i jest związana obowiązkiem lojalności, który wyklucza podważanie rozwiązań przyjętych przez państwa członkowskie.

[1] Pytanie wymagające odpowiedzi pisemnej E-000443/2025/rev.1 do Komisji, Bert-Jan Ruissen (ECR), Margarita de la Pisa Carrión (PfE).

Źródło: Federacja ONE OF US

You may also like

Facebook