Zostałam zgwałcona, ale wybrałam życie

Podczas wyjazdu biznesowego Jennifer była sama w pokoju hotelowym. Za oknem szalała burza, więc nie usłyszała kroków za niedomkniętymi drzwiami. Zobaczyła nad sobą mężczyznę, który uderzył ją w twarz. Resztę tych okropnych przeżyć wolała wymazać z pamięci.

 

Nie chciała nikomu mówić o tym, co się stało, tym bardziej, że kolejny miesiąc spędziła jako członek załogi statku. Zmagała się z wymiotami i silną biegunką, aż w końcu została zabrana do szpitala. Lekarze podejrzewali niedrożność jelit, więc postanowili wykonywać badanie USG. Na ekranie pojawiła się „pestka” – poczęte z gwałtu dziecko Jennifer.

 

Lekarze przerazili się, kiedy kobieta powiedziała im, co się stało. Bali się, że może chcieć popełnić samobójstwo. Cały kolejny tydzień kobieta spędziła w szpitalu otoczona zastępem lekarzy i pielęgniarek uspokajających ją, że „łatwo będzie sobie z tym poradzić” i „zacząć od nowa”. Chodziło im, oczywiście, o dokonanie aborcji i życie, tak, jakby nic się nie wydarzyło.

 

W końcu Jennifer zadzwoniła do swojego męża i powiedziała mu o ciąży. „W porządku. Wszystko będzie dobrze” – usłyszała w słuchawce jego spokojny, pewny głos. „Co masz na myśli, mówiąc, że będzie dobrze?” – spytała zdenerwowana. „Mam na myśli to, że damy radę, możemy przez to przejść. Będzie dobrze. Ja przecież kocham dzieci – po prostu będziemy mieć kolejne. Kochanie, to jest coś cudownego, co wynikło z czegoś potwornego. Poradzimy sobie” – odpowiedział.

 

Po kolejnych rozmowach Jennifer stawała się coraz spokojniejsza i powoli zaczynała wierzyć, że jako rodzina poradzą sobie z tym niespodziewanym wyzwaniem. Ku swojemu zdziwieniu czuła radość, która brała górę nad strachem. Żegnając się z lekarzami, którzy początkowo proponowali jej aborcję, powiedziała im: „Jeżeli kiedykolwiek będziecie o mnie myśleć – myślcie o mnie jako o tej, która w październiku urodzi piękne, ukochane dziecko”. Po tych słowach Jennifer uderzył widok osłupienia na twarzach personelu. Lekarka, która najbardziej nalegała na aborcję, miała łzy w oczach. Wtedy kobieta po raz pierwszy pomyślała, że Bóg może użyć jej cierpienia, żeby zmienić czyjąś postawę. Użyć jej samej.

 

Kilka miesięcy ciąży Jennifer musiała spędzić w szpitalu. W 26. tygodniu groził jej przedwczesny poród, a strach, który wtedy odczuwała, uświadomił jej, jak ważny jest dla niej jej mały synek i jak bardzo zależy jej na tym, aby przeżył. Kolejne tygodnie spędziła, leżąc w łóżku i ciesząc się z każdego dnia, który przybliżał ją do bezpiecznego rozwiązania.

 

Jej synek urodził się zdrowy i o czasie. Jennifer twierdzi, że jego pojawienie się ostatecznie pomogło jej uleczyć traumę tamtej potwornej nocy. „Nasz mały chłopiec począł się z aktu przemocy, ale jest dla nas darem od Boga. Cudownym darem, który wypełnił w naszej rodzinie lukę, z której wcześniej nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy” – mówi kobieta.

 

Mama utrzymuje też kontakt z wieloma innymi kobietami, które urodziły dzieci poczęte z gwałtu. Nie chcą być traktowane jako ofiary, ale jako zwyciężczynie. Pokonały własny strach, osamotnienie, presję otoczenia. „Nawet niektórzy moi przyjaciele uważali, że zatrzymanie tego dziecka było pomyłką, że emocjonalnie nie dam sobie z tym rady. Teraz wiem, że za każdym razem, kiedy dzielę się moją historią, umacniam przez to innych. Kto wie, może dzięki temu jakieś życie zostanie uratowane?” – dodaje Jennifer.

 

Ewa Rejman

 

Tekst pochodzi z Dwutygodnika Młodzieży Katolickiej „Droga” www.droga.com.pl